17 grudnia 2012

1. Niewesoły początek

Wrzesień 1976 roku bez wątpienia był jednym z najbardziej deszczowych miesięcy w ciągu ostatnich kilku lat. Codzienne burze były wtedy na porządku dziennym i z czasem przestały już dziwić kogokolwiek. Należały do codzienności – rutyny. Czegoś niezmiennego i całkiem oczywistego.

Tak samo było też i dwudziestego ósmego dnia tegoż miesiąca. Już od samego rana codzienną ciszę przerywały głośne grzmoty i błyski zygzakowatych piorunów, które przedzielały niebo na coraz to drobniejsze części. Porywy wiatru kołysały drzewami z taką łatwością jakby były to tylko ich pojedyncze gałązki.

Wielka Sala. Śniadanie. Setki uczniów w tym samym miejscu spożywało pierwszy posiłek, a śmiechom i zgrywom nie było końca. Nikt nie spodziewał się, że właśnie wtedy cały kraj pogrążony jest w żałobie, a najróżniejsi czarodzieje w panice krążą po całej Wielkiej Brytanii. Ministerstwo w popłochu. Redakcje prasowe naprędce dopisujące artykuły do, już kompletnych, wydań. Nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. Do czasu.

Brązowa sowa przeleciała przez pomieszczenie i z godnością wylądowała przed swoją adresatką. Zahukała wdzięcznie, poczęstowawszy się sowim przysmakiem zaserwowanym jej przed rudowłosą Lily Evans i, zgarnąwszy odpowiednią zapłatę, odleciała. Chwilę później, kilkadziesiąt ptaków podążyło śladem swojej poprzedniczki.

- Ciekawe, co dzisiaj opublikowali… Mam nadzieję, że darowali sobie wreszcie tą okropną rubrykę o pasjonatach gumochłonów – powiedziała z uśmiechem Lily, wyciągając przed sobą gazetę i naprędce przeglądając pierwszą stronę. Zaraz, jednak uśmiech znikł z jej twarzy i stopniowo zaczął przeradzać się w przerażenie. Pod koniec czytanego artykułu już nawet nie próbowała ukryć, w jakim jest szoku. Bez słowa podała Proroka swojej przyjaciółce – Margaret Connor.

- Co się stało? – zapytała ta, przyjrzawszy się uważnie Lily. Uniosła jedną brew i zabrała się do czytania.



PANIKA WŚRÓD MUGOLI – MIASTECZKO CASTLE COMBE DOSZCZĘTNIE ZNISZCZONE



Castle Combe jest z pozoru niczym niewyróżniającą się wioską położoną na południu Anglii. Wszystko wskazuje, jednak na to, że już niedługo może stać się ono jedną z największych atrakcji turystycznych mugolskiego świata. A wszystko to przez „tajemniczy huragan, który objął je w niespełna pół godziny i niemal całkowicie zrównał z ziemią”.

Właśnie te słowa przekazywano w mugolskich wiadomościach od samego rana. Wersja ta, choć nieprawdziwa, stanowi doskonałe wyjaśnienie dla tajemniczych wydarzeń rozegranych tam ubiegłej nocy.

Grupa Śmierciożerców pojawiła się, według naocznych świadków, koło pierwszej w nocy. Ich celem był położony na obrzeżach miasteczka dom, należący do niejakiej Alberty Taboure.

„To zwykła dziwaczka.” Powiedział właściciel pobliskiego sklepu na pytanie zadane przez jednego z naszych dziennikarzy. „Nigdy jej nie widujemy…”

„Kiedy się tu przeprowadziła, zaprosiłyśmy jena spotkanie naszego koła…” Dodała jedna z sąsiadek. „Nie przyszła! Daje pan wiarę?!”

Wszystko wskazuje na to, że zwolennicy Sami-Wiecie-Kogo chcieli uzyskać od panny Taboure jakąś ważną informację. Według naszych źródeł, pracuje ona jako jedna z Niewymownych z Departamentu Tajemnic, prowadząc niebezpieczne eksperymenty w tamtejszych komnatach.

„Słyszeliśmy krzyki!” Powiedziała jakaś roztrzęsiona kobieta z dzieciakiem na rękach. „Chyba się broniła… Wokół jej domu wirowały różne dziwne błyski. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje…”

To właśnie te „dziwne błyski” doszczętnie zniszczyły Castle Combe. Jedno z wymierzonych w czarownicę zaklęć trafiło w rusztowanie mające w sobie dużą dawkę wynalezionej przez mugoli energii – elektryczności.

Siła ta, z ogromną mocą, skierowała się ku domom mieszkalnym, wyrywając z korzeniami drzewa i zrywając dachy z budynków…

Nielicznym mieszkańcom wioski cudem udało się uniknąć całkowitego zmiażdżenia. Większość mugoli nie miała, jednak tego szczęścia. Ofiarom padło ponad 60% ludności, a część z ocalonych do końca życia będzie musiało borykać się z inwalidztwem.

W całym tym zamieszaniu nikt nie zwrócił uwagi na tajemniczą sąsiadkę, której dom zachował się niemal w całości. Po kobiecie nie zostało, jednak żadnego śladu. Prawdopodobnie została uprowadzona przez grupkę Śmierciożerców. Nie ma na to, jednak całkowitych dowodów. Los Niewymownej nadal pozostaje dla wszystkich tajemnicą…

„Musimy ją znaleźć…” Usłyszeliśmy podczas wywiadu z jednym z aurorów. „Alberta bardzo aktywnie uczestniczyła w działaniach Ministerstwa.” Zapytawszy, co ma na myśli mężczyzna, usłyszeliśmy: „Zna nasze plany od podszewki…”

Na razie Ministerstwo ma, jednak inne zadania. Wymazanie pamięci ponad stu pięćdziesięciu mugolom może zająć im trochę czasu….(więcej na str. 8)





- Na Merlina… - Margaret rzuciła przyjaciółce porozumiewawcze spojrzenie. – Kto by się tego spodziewał?

Lily, wciąż nieco spięta, pokiwała sztywno głową, kompletnie nie zwracając uwagi na ciągły harmider i radosne okrzyki w Wielkiej Sali. Najwyraźniej nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, co się stało. Rzuciła szybkie spojrzenie na stół nauczycielski.

- Patrz – powiedziała głośnym szeptem. – Oni już chyba przeczytali…

Margaret powiodła spojrzeniem poprzez cały stół prezydialny, uważnie przyglądając się zachowaniu kolejnych nauczycieli. Profesor McGonagall prowadziła ożywioną rozmowę z profesorem Dumbledorem. Oboje wydawali się wyjątkowo poważni. Maleńki Filluis Flitwick wciąż czytał pierwszą stronę Proroka Codziennego, a minę miał, co najmniej niewesołą. Horacy Slughorn, za to, zamarł nad kubkiem pitnego miodu z jednego z okolicznych barów. Nie odzywał się do nikogo, a wzrok miał utkwiony w martwym punkcie.

- Pewnie miał ją w swojej kolekcji… - powiedziała Margaret, a Lily w duchu przyznała jej rację. „Jeśli była młoda...”

Pewna niewysoka blondynka usiadła koło nich z uśmiechem na twarzy i napełniła sobie talerz świeżo przygotowaną jajecznicą. Nie zwróciła uwagi na ponury nastrój koleżanek i wyjątkowo niespotykaną atmosferę przy stole nauczycielskim. Miała dzisiaj wyjątkowo dobry humor i za nic nie zamierzała go sobie psuć. Czuła, że czeka ją wyjątkowo przyjemny dzień. Nawet nie wiedziała, w jakim była błędzie…

- Piękny poranek, nie sądzicie? – zaszczebiotała wesoło. – Co prawda trochę pada, ale…

Margaret przerwała jej wpół słowa.

- Śmierciożercy porwali jakąś Niewymowną.Zresztą… czytaj – rzuciła w jej kierunku dany artykuł, a Alicja złapała go w przelocie. Zabrała się do lektury.

„To nie może być prawda…”

Szok malujący się na twarzy przyjaciółek, nauczycieli był niczym w porównaniu z wyrazem, jaki zagościł na twarzy Alicji Thomas-Smith. Czuła się jakby, zupełnie niespodziewanie, ktoś postanowił zabawić się jej kosztem i… rozdrobnić ją na miliony, sprzecznych części. Nie wiedziała, co się wydarzy, jednak wiedziała jedno.

- To jeszcze nie koniec… To dopiero początek…

Tylko ona to dosłyszała.

13 listopada 2012

PROLOG „Machina ruszyła; wielka historia rozpoczęła swój bieg…”


Zamaszystym krokiem przemierzała puste korytarze, nie oglądając się za siebie. Kręciła lekko biodrami i co chwilę odgarniała z twarzy niesforne kosmyki długich, ciemnych włosów. Szata powiewała za nią delikatnie, a mrok, który ogarniał cały zamek, dawał temu wszystkiemu dość złowieszczy efekt. Patrząc na nią odnosiło się wrażenie, że zna ona jakąś tajemnicę, której za nic nie zamierza nikomu powierzyć. Jej wyraz twarzy, poważny i zdecydowany, za nic nie pasował do pięknych rys, które ją żłobiły. Był to kontrast niesłychany, ale zdawał się całkowicie dopełniać jej charakter, który uzewnętrzniał się w tej właśnie chwili.
Skręciła w prawo i zatrzymała się pod długimi, krętymi schodami prowadzącymi na samą wieżę. Stanęła nieco w cieniu i uważnie obserwowała wszystko dookoła. Czekała na coś i za nic nie potrafiła tego ukryć, choć emocje maskowała tak jak najlepsza aktorka z trudem by próbowała.
- Zawsze punktualna – usłyszała za sobą chłodny, kpiący głos mężczyzny z zakapturzoną twarzą.
Wzdrygnęła się nieco i odwróciła do niego z kamiennym wyrazem twarzy. Milczała przez chwilę, po czym rzuciła spokojnie:
- Spóźniłeś się…
Mężczyzna prychnął cicho i zrzucił kaptur. Blada cera, którą podkreślały ogromne cienie pod oczami, od razu rzucała się w oczy. Wyglądał na kogoś, kto od lat, pogrążony w mroku i nienawiści, nie widział słońca i jego promieni delikatnie omotujących ludzi wciągu dnia. Wydawał się być też nieco zaniedbany. Droga szata zupełnie do niego nie pasowała, leżała na nim w sztywny, nienaturalny sposób. Długie, nierówne włosy opadały mu na jasne oczy, które, w tej chwili, bardzo dokładnie taksowały dziewczynę.
- Nie sądziłem, że się pojawisz… Myślałem, że stchórzysz, ale Felix był pewny tego, że przyjdziesz. Chyba muszę zacząć go częściej słuchać. Do tej pory wszystkie jego osądy były nieomylne…
- Gdzie on jest?! – zapytała niepewnie, rozglądając się dookoła.
- Nie przyjdzie… - odparł mężczyzna z paskudnym uśmieszkiem na twarzy. – A co, nie poradzisz sobie bez swojego obrońcy?
Dziewczyna zmrużyła wściekle oczy i uniosła gniewnie podbródek, który drgał jej od ledwo tłumionych emocji.
- Oczywiście, że dam sobie radę – odparła dumnie. – Myślałam tylko, że to on ma się mną zająć. Za nic nie przypuszczałabym, że przyjdzie tu taka miernota jak ty – wycedziła przez zęby.
Śmierciożerca zaśmiał się, a jego głos potoczył się echem po korytarzu. Spojrzał na nią na pół z rozbawieniem, a na pół z pogardą.
- Felix jest jednym z ulubieńców Czarnego Pana. Myślisz, że zajmowałby się tobą?! On ma ważniejsze sprawy do roboty niż niańczenie jakiejś nastolatki! – powiedział, z trudem maskując rosnącą w nim gorycz.
- Czyżby przemawiała przez ciebie mała… zazdrość? – zauważyła celnie. - Myślę, że Czarny Pan o wiele lepiej potrafi ocenić wasze kompetencje, nie sądzisz? – teraz to na jej twarzy pojawił się ten złowróżbny uśmiech.
- Czarny Pan nie popełnia błędów… - odparł spokojnym, wyplutym z emocji głosem. Podszedł do dziewczyny, tak że dzieliła ich odległość zaledwie kilku centymetrów i wykrzywił usta w czymś na kształt ponurego uśmiechu. – Mam ci przedstawić twoje zadanie. Może uda ci się mu podołać, choć szczerze w to wątpię. Będziesz potrzebowała naprawdę wiele, wiele szczęścia...
Z trudem pohamowała cisnącą się jej na usta złośliwą ripostę, stojąc spokojnie i wpatrując się w niego. Lekki wietrzyk wleciał, przez otwarte okna, i omotał ją całą. Zadrżała z zimna, które zdawało się ją nieco otrzeźwić i na nowo rozwiązać język.
- Mów – rzuciła w kierunku mężczyzny spokojnym, nieznoszącym sprzeciwu tonem. – Zrobię wszystko, co każe mi Czarny Pan…
- Jak my wszyscy – odparł mężczyzna, porzucając swój ironiczny ton. – Na tym właśnie polega nasze zadanie...
 Nie wiedziała, co odpowiedzieć, więc tylko skinęła głową, nie spuszczając z niego wzroku. Była pewna, zarówno siebie, jak i roli, którą wkrótce miała obrać w cudzej rozgrywce i walce o wszystko…

Blask księżyca delikatnie prześwitywał przez grube okna zamku, a cykanie świerszczy objęło całe błonia. Noc była zimna, nawet jak na jesień, ale nie wydawała się w najmniejszym stopniu niezwykła. Nikt nie sądziłby, że to właśnie wtedy machina ruszyła, a wielka historia rozpoczęła swój bieg. Piaski czasu powoli sypały się w dół gigantycznej klepsydry, niebezpiecznie odmierzając czas, jaki im wszystkim pozostał. Przeznaczenie już zdecydowało. Podjęło decyzję o losie, który ich spotka. Już wiedziało, jak wszystko się zakończy i, jak wiele zmieni w życiu wszelkich istnień. Wszystko z góry zaplanowało niczym najlepszy strateg obmyślałby największą wojnę swego życia. Każde słowo…, ruch…, każdy czyn…Wszystko było już przewidziane i nie miało w sobie nic ze spontaniczności, o jaką ludzie tak zawsze się starają. Już tę parę lat wstecz było przecież wiadomo, co się wydarzy… Choć żaden człowiek jeszcze o tym nie wiedział…